
Codziennie słyszymy głosy, że nasze miasto jest małe i nic się w nim nie dzieje. Że jest nudno, zupełnie nie ma gdzie wyjść ani co robić. I że najlepiej już dziś wyjechać do Częstochowy, Łodzi, albo i jeszcze dalej. My natomiast uważamy, że w Radomsku dzieje się naprawdę sporo, tylko nie każdy o tym wie. Albo nawet więcej – o lokalnych wydarzeniach wie tylko mała grupka ludzi, reszta narzeka i spędza popołudnia przed telewizorami. Dlatego chcemy pokazać wam pozytywną stronę miasta!
Zastanawiające, jak wiele jest języków miłości. Można by wręcz wysnuć tezę, że na świecie istnieje tyle „osobnych” języków, ile przypadków miłości spełnionej. Tym bardziej zastanawiać może prawidłowość, iż w takiej – wydawałoby się – mnogości gotowych idiomów każda nowa para kochanków staje przed „koniecznością” stworzenia własnego języka, zrozumiałego tylko dla ich obojga. Nawet mężczyźni, którzy w swym życiu kochali już po wielokroć, nawet kobiety, które niejeden raz zaznały tego przepełniającego uczucia – kiedy tylko spotkają się, niespodziewanie odkrywają, że na nic zdadzą im się ich dotychczas poznane języki miłości i całe tzw. życiowe doświadczenie. Nie przesadzam! Nawet owi „mężczyźni po przejściach” oraz „kobiety z przeszłością” – zdarza się – ze zdumieniem graniczącym z zawstydzeniem odkrywają, iż w nowym związku od podstaw, nieomal jak niemowlęta wypracować muszą nowy sposób porozumiewania się w sprawach, przy których język nagle jakoś dziwnie więźnie w gardle, a każdy gest (jak ten pierwszy) okazuje się dramatycznie nieporadny i nieśmiały.
Ale co ja się tu wymądrzam, skoro o niezrównany opis rodzącego się z nagłej, niespodziewanej nieśmiałości, „osobnego” języka miłości już dawno pokusił się Marcel Proust w dziele pt. „W poszukiwaniu straconego czasu”. Otóż w pierwszym tomie owej siedmiotomowej powieści, w rozdziale zatytułowanym „Miłość Swanna” po mistrzowsku opisał francuski powieściopisarz ten moment powstania intymnego kodu językowego pary kochanków. Dodajmy: moment w tej konkretnej sytuacji zrodzony z przypadku, tzn. z tego, że jakkolwiek Karol Swann nerwowo szukał owego szczególnego wieczoru (kiedyś, w drugiej połowie XIX wieku) Odety de Crécy w różnych miejscach Paryża – nie zastawszy jej uprzednio, jak się spodziewał, u państwa Verdurin – to przecież, kiedy ją już spotkał na ulicy, był kompletnie zaskoczony. Również czystym przypadkiem Odeta miała tego wieczoru katleje (kwiatki z rodziny storczykowatych) przypięte do stanika sukni; przypadkiem też, kiedy jechała już powozem ze Swannem, „(…) jakaś przeszkoda spłoszyła konia. Powóz rzucił nimi gwałtownie, Odeta wydała krzyk i dygotała chwilę bez oddechu”. By wreszcie już nie przypadkiem, ale niespodziewanie dla samego siebie nieśmiało Karol Swann powiedział: „Czy pani pozwoli, żebym poprawił kwiaty przy staniku; przekrzywiły się od wstrząsu. Boję się, żeby ich pani nie zgubiła, chciałbym je wsunąć trochę głębiej”. A już po chwili, uczepiwszy się tej konwencji – jak byśmy to teraz żartobliwie nazwali – drążył temat: „Widzi pani, troszeczkę… zdaje mi się, że to pyłki z kwiatów osypały się na panią; pozwoli pani, żebym je otarł ręką?” I tak dalej, i tym podobnie… ale my już możemy darować sobie te rozliczne Proustowskie subtelności, by na koniec przejść do meritum opowieści, cytując: „Posiadł ją wreszcie tego wieczora, zaczętego od poprawiania katlei. Ale był z nią tak nieśmiały, że czy to przez obawę zmrożenia Odety, czy z lęku, że się retrospektywnie wyda jego wybieg, czy przez brak odwagi, aby sformułować jakieś większe żądanie (większe od tego, które miał prawo powtórzyć, skoro nie pogniewało Odety za pierwszym razem), w następne dni Swann uciekł się do tego samego pretekstu. Jeżeli Odeta miała katleje u stanika, mówił: »To fatalne, dziś nie potrzeba poprawiać katlei, nie przekrzywiły się jak wówczas. Ale zdaje mi się, że ta jedna nie siedzi bardzo prosto. Wolno spróbować, czy tak samo nie pachną jak tamte?« Lub kiedy ich nie miała: »Och! Nie ma katlei dziś wieczór, nie ma dla mnie żadnego ratunku.« Tak że przez jakiś czas nic nie zmieniało się w porządku, jakiego Swann trzymał się pierwszego wieczora, rozpoczynając od dotykania palcami i ustami piersi Odety – i od tego też zaczynały się za każdym razem jego pieszczoty. I o wiele później, kiedy poprawianie (lub rytualna komedia poprawiania) katlei od dawna wyszło z użycia, przenośnia »poprawiać katleje« przeżyła w ich języku ów zapomniany obyczaj stając się jego pamiątką. Zmieniła się w potoczny termin używany bez myśli na oznaczenie aktu fizycznego posiadania – w którym zresztą nie posiada się nic”.
Wiem, wiem… Teraz niejedna dziewczyna i niejeden młodzieniec mogą powiedzieć: „Ale ględzi Stary Piernik! Przecież świat idzie z postępem; mamy już XXI wiek. I poza nielicznymi, szczególnie zakompleksionymi jednostkami, nikt nie ma już takich problemów z wyartykułowaniem swoich intymnych potrzeb”. A ja za Eklezjastą powiadam Wam: Nihil novi sub sole. Przed Wami każde pokolenie w latach swej młodości wierzyło, iż dokonuje jakiegoś ogromnego postępu w sferze obyczajowości. I każde pokolenie z upływem lat przekonywało się, że nie ma to jak wartości i zachowania wypróbowane przez wieki – choćby nie wiadomo jakie „trudności” sprawiało ich zastosowanie. Dlatego śmiem twierdzić, iż jeszcze niejedna i niejeden spośród Was, młodych ludzi, znajdzie się w swym życiu w sytuacji, gdy ze wzruszenia niespodziewanie „zapomnicie języka”, a każdy gest czy zachowanie z całego dotychczasowego „repertuaru” nagle wydadzą się Wam nie dość subtelne dla tej jedynej, wyjątkowej chwili… I to będzie piękne. Być może najpiękniejsze…
Paweł Bera
PS. Z dostępnych dwóch przekładów – starszego, Tadeusza Boya-Żeleńskiego oraz nowszego, Krystyny Rodowskiej – wybrałem ten starszy, jako że lepiej oddaje oryginalny, egzaltowany ton prozy Marcela Prousta.
| ~gość napisał(a) 92 dni temu (pozytywny) | ||
|
1
Witam!
Trafiłam na Pana felieton przez przypadek. Jestem właśnie w trakcie czytania "W poszukiwaniu straconego czasu" i byłam ciekawa, jak wyglądają katleje. Dla zainteresowanych tematyką, podaję link: http://www.roslin-menazeria.net/ind ex.php?grp=1267&info=2865 Bardzo erotyczny kwiat. Podoba mi się Pana felieton. Z całości dzieła wyłuskał Pan mały brylancik. Przyszła mi teraz na myśl książka, w której kwiat także odgrywa kluczową rolę: "Dama Kameliowa" A. Dumasa. Kamelie jako symbol pokusy. A może Pana kolejny felieton będzie o kwiatach-symbolach w literaturze? Kuszę ;) i pozdrawiam. |
||
| Zgłoś nadużycie | ||
| ~gość napisał(a) 97 dni temu (neutralny) | ||
|
0
Dla mnie Odeta to współczesna galerianka a Swann to jej sponsor.
Aby miłość była piękna, obie strony muszą mówić tym samym językiem: Językiem Prawdy. Konstancja B. |
||
| Zgłoś nadużycie | ||
| ~gość napisał(a) 98 dni temu (neutralny) | ||
|
0
Zgadzam się z Panią Moniką - zabrakło w Pana felietonie szerszego spojrzenia na proustowską miłość.
Felieton nawet mi się podoba, ale czy nie zawiesił Pan zbyt wysoko czytelniczej poprzeczki? Kto dziś czyta Prousta? Kto dziś czyta książki? (Internet zabił wynalazek Gutenberga) Niestety, miłość w Pana analizie jest trochę mdła, więc boję się, czy to zachęci młodzież do sięgnięcia po tę pozycję. Uszanowania, Stały Czytelnik Bogdan |
||
| Zgłoś nadużycie | ||
| ~gość napisał(a) 98 dni temu (pozytywny) | ||
|
1
Trochę gorzki ten valentynkowy deser, aczkolwiek zjadliwy.
Szkoda, że skupił się Pan tylko na miłości Swana i Odety, pomijając wątek miłości homoseksualnej (Odeta i jej rzekomy romans z panią Verdurin oraz emocjonalne życie panny Vinteuil). Literackim alter ego " W poszukiwaniu..." jest dla mnie dzieło Pierre'a Choderlosa de Laclos "Niebezpieczne związki". O ile w dziele Prousta, bohaterowie poświęcają status społeczny dla uczuć, o tyle w "Niebezpiecznych..." te uczucia są poświęcane dla statusu społecznego. Ma Pan rację, język miłości istnieje i trzeba się go uczyć wciąż i wciąż od nowa. Monika |
||
| Zgłoś nadużycie | ||
|
Załóż konto - podpiszesz komentarz własnym nickiem |
||