
Codziennie słyszymy głosy, że nasze miasto jest małe i nic się w nim nie dzieje. Że jest nudno, zupełnie nie ma gdzie wyjść ani co robić. I że najlepiej już dziś wyjechać do Częstochowy, Łodzi, albo i jeszcze dalej. My natomiast uważamy, że w Radomsku dzieje się naprawdę sporo, tylko nie każdy o tym wie. Albo nawet więcej – o lokalnych wydarzeniach wie tylko mała grupka ludzi, reszta narzeka i spędza popołudnia przed telewizorami. Dlatego chcemy pokazać wam pozytywną stronę miasta!
Kilkakrotnie pisywałem już o Witoldzie Gombrowiczu; pisywałem też o Jorge Louisie Borgesie. Jednak nie zdarzyło się dotąd, bym o obu gigantach literatury napisał naraz. A przyczyną takiego „zbiorczego ujęcia” postaci owych dwóch pisarzy mogłoby być choćby to, że obaj mieszkali w Argentynie; a do tego w jednym mieście – Buenos Aires (Borges z racji urodzenia się tam, zaś Gombrowicz z „perwersyjnego” wyboru). Lecz nie byłbym sobą, gdyby tak banalne zestawienie faktów biograficznych miało być inspiracją do napisania tego szkicu. Niech ręka Boska broni! Główną tedy przyczyną i źródłem inspiracji w tym przypadku było pierwsze spotkanie obu pisarzy – brawurowo i z ironicznym humorem opisane przez Gombrowicza w „Trans-Atlantyku”. Dodam: niefortunne spotkanie, które przez wszystkie dwadzieścia cztery lata pobytu Gombrowicza w Argentynie kładło się cieniem na wszelkie jego relacje Borgesem… I do dziś stanowi pouczający przykład na to, jak dalekosiężne skutki może wywołać nieopatrzne zranienie rozdymanego ego pisarza (każdego artysty). Przy czym – co charakterystyczne – rzeczone zranienie rozdymanego ego zawsze jest tym boleśniejsze dla twórcy, im de facto słuszniejsze było przytemperowanie jego pychy.
Owóż zrazu zdumiał się Gombrowicz, gdy na proszonym przyjęciu u argentyńskich artystów zobaczył Borgesa. W „Trans-Atlantyku” tak to opisał: „Człowiek ten (a pewnie tak dziwnego człowieka ja pierwszy raz w życiu oglądałem) nadzwyczaj był wydelikacony, a do tego jeszcze siebie delikacił.” Tu Gombrowicz wtrącił mniej istotny opis nadzwyczaj oryginalnego, czarnego ubioru Borgesa, po czym dalej, coraz niewybredniej dworował sobie: „Inteligencji nadzwyczaj subtelnej, którą w sobie wciąż subtylizował, destylował, w każdem odezwaniu się swojem tak inteligentnie był inteligentnym, iż kobit i mężczyzn zachwycone cmoki wywoływał (…) Do książek, notat swoich zaglądając, je gubiąc, w nich się tarzając, nurzając, on cytatami rzadkiemi myśl swą okraszał i z nią tam sobie dokazywał, a już do siebie, jakby na odludziu. I tak w sobie papirem i myślą kaprysząc się, coraz inteligentniej był inteligentnym i ta inteligencja jego, sama sobą pomnożona i sama na sobie okrakiem, tak już Inteligentna stawała się, że Jezus Maria!” Aż wreszcie nie wytrzymać miał Gombrowicz i – na dodatek podbuntowany przez polonusów oraz Radcę Poselstwa („Huź, huzia, bierz go, huzia!”) – wypalił: „Nie lubię ja gdy Masło zbyt Maślane, Kluski zbyt Kluskowe, Jagły zbyt Jaglane, a Krupy zbyt Krupne”… I chyba na nieszczęście swoje tak wypalił, gdyż Borges – obsesyjnie obawiający się, by nie napisać niczego, co już ktokolwiek na świecie napisał, a przez to niebywały erudyta – natychmiast wykazał, iż nie jest to oryginalna myśl, „(…) bo to już Sartoriusz powiedział w swoich »Bukolikach«”… A w dalszej wymianie zdań – wciąż w „Trans-Atlantykowej” kreacji – jeszcze dwukrotnie wykazał nieoryginalność kolejnych myśli Gombrowicza, aż ten, zdruzgotany, jął chodzić po salonie tam i z powrotem, by wreszcie wyjść z poczuciem niesławy. I by odtąd pamiętać Borgesowi tę kompromitację, którą mu przed argentyńską elitą artystyczną zgotował.
Niechaj przeto zanadto nie mylą dobre słowa o Borgesie zawarte w Dzienniku Gombrowicza z 1955 roku, gdzie czytamy: „…Borges, najbardziej chyba utalentowany argentyński pisarz, o inteligencji wyostrzonej na osobistym cierpieniu”, a dalej: „Więc Borges (…) to był ktoś kto liczył się tylko z własnymi latami, odrywając się zupełnie od podłoża, to był dojrzały człowiek, intelektualista, artysta, który przypadkiem urodził się w Argentynie, choć równie dobrze a nawet lepiej mógł był urodzić się na Montparnasse”. Po prostu Gombrowicz w 1955 roku nie był jeszcze na tyle pewny swej pozycji, by w tej publikacji (w paryskiej „Kulturze”) naskoczyć na największą argentyńską osobistość. Bo już np. w notacji z 1959 roku (po paryskim sukcesie „Ślubu” oraz licznych tłumaczeniach i wydaniach „Ferdydurke”) pozwolił sobie na odrobinę jadu, pisząc: „Literatura ich to pięknosłowie. Żeby być artystą wystarczy pięknie się wyrażać. Najbardziej oryginalny i samodzielny pisarz Argentyny, Borges, pisze doskonałą i elegancką hiszpańszczyzną, jest stylistą w sensie literackim (nie w sensie rozwiązania duchowego), najchętniej uprawia literaturę o literaturze, pisanie o książkach – a jeśli odda się czasem czystej wyobraźni, to ona uwiedzie go jak najdalej od życia, w sferę pokrętnej metafizyki, układania pięknych rebusów, scholastyki złożonej z metafor”. A z kolei w jednej z ostatnich notacji z roku 1960 Gombrowicz dał ponieść się zazdrości albo wręcz zawiści, wyrzucając Argentyńczykom: „Nie wiedzą, że jestem poniekąd specjalistą od ich głównego problemu – niedojrzałości – i że cała moja literatura jest w nim zadomowiona. Paradoksalne, że w Ameryce Południowej Borges, abstrakcyjny, egzotyczny, nie związany z ich kłopotami, jest na świeczniku, a ja mam tylko garstkę czytelników. Paradoks, który przestaje nim być, gdy się zważy, że Borgesem mogą się popisać w Europie. Mną – nie, bo jestem Polak, nie jestem valor nacional”. Jednak prawdziwą erupcję szyderstwa daje Gombrowicz w ostatniej notacji z 1962 roku – nieprzypadkowo w ostatnim tekście napisanym w Argentynie, w którym naigrywa się, iż Borges „dosiadł aeroplanu i wraz z matką, donią Leonor, wyruszył do Europy po złote runo, które zwie się Nobel. Nie inna przyczyna skłoniła tego człowieka już po sześćdziesiątce, prawie zupełnie ślepego, i tę staruszkę, liczącą sobie, ni mniej ni więcej, osiemdziesiąt siedem wiosen, do poszybowania samolotem rakietowym. Madryt, Paryż, Genewa, Londyn – odczyty, bankiety, festyny – żeby prasa pisała i żeby puścić w ruch wszystkie sprężyny”. Tak… Gombrowicz – dodatkowo rozsierdzony domniemanymi, noblowskimi aspiracjami swego argentyńskiego antagonisty – mógł wreszcie poużywać sobie do woli, szydząc: „Widok tego patetycznego samotnika-ślepca, z matką pod dziewięćdziesiątkę, wprzęgniętych w te aeroplanowi zabiegi…” I mógł jeszcze niby racjonalnie, a w gruncie rzeczy zjadliwie rozważać szanse autora „Fikcji” na Nobla, pisząc: „Najgorsze, że on się jakoś nadaje do tego… I nie wątpię, że otrzyma Nobla. Niestety, niestety… tak, on zaistniał jakby umyślnie w tym celu. Jeśli kto, to Borges! Jest to literatura dla literatów, jakby specjalnie pisana dla członków jury (…)”. Dalsze cytowanie tych popisów gombrowiczowskiego sarkazmu już chyba możemy sobie darować…
Cóż… Zranienie przez Borgesa rozdymanego pisarskiego ego Gombrowicza musiało być zdarzeniem prawdziwie traumatycznym, skoro w dwadzieścia trzy lata od pamiętnego przyjęcia u argentyńskich artystów, nieprzypadkowo w ostatniej pisanej w Ameryce Południowej notacji Dziennika pozwolił sobie jeszcze autor „Pornografii” na taką dozę złośliwości i sarkazmu. I dopiero powrót do Europy – jak mniemam – pozwolił Gombrowiczowi nabrać dystansu do tych pierwszych argentyńskich doświadczeń. Dopiero odległość kilku tysięcy kilometrów od swego największego antagonisty i cztery lata hołubienia przez europejskie elity intelektualne (w Paryżu, Berlinie, potem znów w Paryżu i Vence) – te dwa czynniki pozwoliły „zagoić” autorowi „Kosmosu” tak długo jątrzącą się, bolesną ranę… By dopiero w notacji z 16 października 1966 roku na swój sposób (znaczy: nie ostentacyjnie) oddał wreszcie Gombrowicz wielkość jednego z najwybitniejszych pisarzy XX wieku, pisząc: „Zauważyłem już od dawna, że lektury jakoś się zbiegają. Na przykład:
Dante: Boska Komedia.
Michel Foucault: Les mots et les choses (Słowa i rzeczy).
Roland Barthés: Essais critiques.
A przedtem poczytywałem sobie troszkę Borgesa”.
Paweł Bera
PS. Po kilkunastu latach od pierwszej lektury poczytywałem sobie ostatnio Dziennik Gombrowicza. Zdumiewające, jak wiele nowych treści zdołałem tym razem odnaleźć i jak wiele przemyśleń pisarza jakoś dziwnie zaczęło zgadzać się z moimi. Wygląda to wręcz tak, jakbym musiał „dojrzeć” do takiego pełniejszego odczytania Dziennika.
|
Załóż konto - podpiszesz komentarz własnym nickiem |
||